Dlaczego Kymera nie powstała(by) w Europie

Opublikowano

…a jakby powstała, to już by jej nie było. Poniższy tekst nie jest wcale o Kymerze, choć nigdy nie ukrywałem swojego zachwytu nad tą firmą. Kymera szczególnie imponuje mi technologicznie, strategicznie, ale też z perspektywy dyscypliny operacyjnej. Tak czy inaczej w tytule zamiast Kymery można by wstawić wiele innych nazw, choćby Revolution Medicines czy MoonLake Immunotherapeutics, które symbolicznie utożsamiam z esencją ambitnego rozwoju biotechu.

Skąd więc wzięła się tytułowa teza? Nie prowadzę żadnych statystyk porównujących spółki amerykańskie do europejskich, ale ze świeczką szukać na starym kontynencie firm biotechnologicznych takich jak Kymera. Firm które zebrały od inwestorów ponad 1,28 mld USD, zamknęły 4 projekty w pierwszej fazie klinicznej a jeden u jej progu oraz przerwały przynajmniej dwie umowy partneringowe w zakresie współpracy technologicznej, a i tak wszyscy się nimi zachwycają. I zachwycają nie bez powodu, bo Kymera koncentruje swoje wysiłki tylko na lekach, które mogą znacząco odmienić życie pacjentów i na projektach naprawdę trudnych technicznie. Tylko że w Europie start-up, który przerywa 4 z 5 pierwszych projektów, a prawa do piątego należą do Big Pharmy, pewnie już by nie istniał, albo stałby się spółką “zombie” bez szans na powrót do świata żywych. A pewnie i taki scenariusz jest mało prawdopodobny, bo nikt w Europie nie ma rozmachu inwestycyjnego, pozwalającego start-upowi na równoległe prowadzenie tylu projektów klinicznych.

Pewien amerykański inwestor opowiedział mi kiedyś historię jego wczesnego udziału w niemieckim MorphSysie. Inwestował z wiarą w to, że MorphoSys, który w momencie założenia był technologicznym innowatorem świata przeciwciał terapeutycznych, rozwinie się na miarę Genentechu lub Regenerona. Niechęć do ponoszenia kosztów przez lokalnych inwestorów spowodowała jednak, że MorphoSys nigdy nie spełnił pokładanych w nim nadziei, bo zamiast rozwijać leki, angażował się intensywnie we współprace z Big Pharmą. Chociaż poprawniej by było “w prace dla Big Pharmy”. Doprowadziło to do sprzedaży spółki 32 lata później do Novartisu za 2.7 mld EUR. Jak na ironię Novartis płacił nie za sztandarowe, niemieckie przeciwciała, ale za pozyskany przez MorphoSys amerykański, małocząsteczkowy pelabresib – zaawansowany klinicznie, lecz nieudany inhibitor testowany u pacjentów z mielofibrozą. I chociaż 2.7 mld EUR wygląda pozornie imponująco, to w świecie biotechnologii historia MorphoSysa jest postrzegana zdecydowanie negatywnie. Szczególnie patrząc na nią w kategoriach zmarnowanego potencjału. Wspomniany wcześniej Regeneron jest obecnie wyceniany na ok. 60 mld USD, a Genentech, mimo że został sprzedany w 1999 r. za ponad 43 mld USD, wciąż funkcjonuje w dużym stopniu niezależnie.

Co odróżnia biotech amerykański od europejskiego? Na pewno dostęp do kapitału, który pozwala na narzucanie potwornego tempa rozwoju projektów. Na pewno przekonanie o tym, że przerwany projekt kandydata na lek to nie koniec świata, a często początek czegoś dużo lepszego. Na pewno rozumienie tego, że branża biotechnologiczna jest kapitałochłonna, ryzykowna, ale z szerszej perspektywy jest jedną z najbardziej intratnych, co znakomicie obrazuje porównanie biotechnologicznego indeksu XBI z technologicznym QQQ. Ten pierwszy wypada zdecydowanie lepiej z perspektywy całkowitych zwrotów przy istotnie późniejszym początku notowań (QQQ: 1999, XBI: 2006), rys. 1.

Do tego wszystkiego Amerykanie chętnie inwestują w start-upy o mocarstwowych ambicjach, a inwestorzy akceptują regularne rozwodnienia w kolejnych rundach podwyższenia kapitału. Akceptują je, bo rozumieją, że największą formą rozwodnienia biotechu jest sprzedanie obiecującego projektu Big Pharmie na wczesnych etapach rozwoju oraz, że prawdziwą wartość tworzy zarejestrowany lek.

Rys. 1. Porównanie indeksu biotechnologicznego XBI (linia niebieska) z technologicznym QQQ (linia żółta). Skumulowana stopa zwrotu (na 15.05.2025 r.) XBI to 1283% przy średniej rocznej wynoszącej ok. 15%, a dla QQQ to odpowiednio 879% i ok. 9%.

Spójrzmy jeszcze dla przykładu na kalifornijski, prywatny Treeline Bioscience. Z ich strony internetowej dowiemy się jedynie, że spółka zajmuje się projektami onkologicznymi, a w sieci wyczytamy, że od momentu założenia w 2021 r. pozyskali prawie 1 mld USD z KKR, Orbimed i Google Ventures. Wiemy również, że zostali założeni przez Josha Bilenkera i Jeffa Engelmana, czyli dwóch weteranów odpowiednio z Loxo i Novartisu. A w kuluarach słyszymy, że zespół ten ma potencjał, żeby stać się nową siłą w świecie farmacji, któremu pomóc ma cierpliwe i prężne zaplecze inwestorskie, a także koncentracja na rozwoju leków z dala od nachalnego marketingu i rozpraszających partneringów. Pod każdym względem jest to prawie nieosiągalne w Europie.

I mimo że powyższe obserwacje mogą wyglądać ponuro dla inwestora skoncentrowanego na rynku europejskim, to jednak mały biotech z naszej strony Atlantyku wciąż oferuje bardzo dużo, patrząc na programy wczesnych faz rozwoju leków. Mamy też znakomite przykłady powstania “farmy” średniej wielkości tj. BioNtechu i Acteliona, które w krótkim, jak na tę branżę, czasie dały nam nową jakość i to na naszych zasadach. Kropla drąży skałę.